Sudecki dogtrekking – droga jest celem

NIE MUSZĘ WIEDZIEĆ KIEDY DOJŚĆ
ABY JUŻ ZACZĄĆ IŚĆ, NIE MUSZĘ PYTAĆ KIEDY CEL
ABY UMIEĆ RUSZYĆ SIĘ...
NIE MUSZĘ WIEDZIEĆ KIEDY DOJŚĆ
ABY JUŻ ZACZĄĆ W SOBIE IŚĆ
NIE MUSZĘ WIEDZIEĆ KIEDY DOJŚĆ
ABY JUŻ NA DRODZE BYĆ, ABY JUŻ NA SWOJEJ
DOJŚĆ MOŻNA WSZĘDZIE DOŚĆ JEST WSZYSTKIEGO
ABY JUŻ NA SWOJE...
A DROGA PRZENIKLIWIE WYTYCZANA
CORAZ BARDZIEJ, NA NIEJ WSZYSTKO SIĘ UKŁADA
JA MUSZĘ IŚĆ NIĄ ? I W GÓRĘ SZLABAN
(Orkiestra Na Zdrowie)
 

Sudety zimą? Ten pomysł chodził mi po głowie od dłuższego czasu. Paradoksalnie pomaga mi w tym brak stałej pracy – od naszego powrotu z Indii nikt nie chce mnie zatrudnić na etat informatyka. Organizacja naszej następnej wyprawy pochłania cały mój wolny czas, Sudety mają być odskocznią od codziennych trosk. Agi nie może z nami jechać – to jej udało się znaleźć pracę po kilku miesiącach poszukiwań. Staram się ją przekonać do mojego solowego projektu, ale nie udaje mi się. Agi pozostaje w Warszawie, sama, smutna i zła…

Dlaczego Sudety? Urodziłem się i wychowałem w Świdnicy, 60-tysięcznym mieście położonym na Przedgórzu Sudeckim. Tutaj szlifowałem swoje pierwsze górskie umiejętności (pamiętne wycieczki z moją nauczycielką geografii, panią Ewą Haitner), czy przygodę z nartami (pamiętny Bieg Gwarków, w którym co chwila wypinały mi się moje dziecięce plastikowe Polsporty, a ja stałem bezradny na trasie i nie wiedziałem, co zrobić). W Sudetach spędziłem też sporo czasu w liceum – większość moich szkolnych wycieczek organizowana była w tych właśnie górach.

Na studiach zakochałem się w Bieszczadach i Beskidach, Sudety jakoś same zeszły na dalszy plan. Potem zacząłem się wspinać i każdy możliwy weekend spędzałem w jurajskich skałach lub odległych Tatrach. Wspinanie pochłonęło mnie całkowicie – ciężko mi było wyrwać się w niższe góry, traktowałem je trochę z przymrużeniem oka. Nawet na tatrzańskie trekkingi szkoda mi było czasu – dreptanie z ciężkim plecakiem to było dla mnie “zło konieczne” towarzyszące wspinaczce czy działalności jaskiniowej. Przyjemność dawało mi samo wiszenie w ścianie, a nie podejście pod nią.

Pojawienie się Diuny w naszej rodzinie zmieniło wszystko i przewartościowało nasz mały świat. Tatry, które stały do tej pory otworem, zamknęły się z wielkim hukiem – Tatrzański Park Narodowy nie zezwala na wstęp z psem. Koledzy, z którymi się do tej pory wspinałem, znaleźli innych partnerów, którzy nie narzekali na brak czasu spowodowany “merdającym” obowiązkiem. Wprawdzie raz z Agi i Maćkiem wybraliśmy się w słowackie Tatry zimą (tam łatwiej wejść z psem), ale był to krótki jednodniowy wypad na drytoola. Diuna czekając na nas pod ścianą wykopała sobie jamę w śniegu. Nie wiem, co byśmy zrobili decydując się na wielowyciągową drogę. Podejrzewam, że świeżo upieczeni rodzice stają przed podobnymi dylematami. Różnica jest jedna – dziecko, kiedy już podrośnie, łatwiej podrzucić dziadkom…

diuna48

W Tatry udało mi się wyskoczyć kilka razy zostawiając dziewczyny razem. Każdy taki wyjazd okupiłem ciężkimi negocjacjami z Agi (“Kochanie, postaram ci się to wynagrodzić”…). Potem przyszedł czas na Indie i Himalaje Garhwalu. I nagle okazało się, że trekking z psem jest fajny, dźwiganie 30-kilogramowego plecaka daje satysfakcję, a droga może być celem samym w sobie.

W lutym nadarza się okazja – jadę do Świdnicy naprawić samochód, który po naszym powrocie z Indii dostał mocno w kość (w ciągu pół roku zrobiliśmy prawie 30 000 km jeżdżąc po Polsce, zaprezentowaliśmy się w 15 miastach). Na przeglądzie technicznym mechanik wykrywa uszkodzoną sprężynę podwozia, która na dziurawej drodze dosłownie pękła na pół. Obniżone podwozie ściera oponę po stronie kierowcy. Usterkę wykrywam w ostatniej chwili. Przez moje plecy przechodzi dreszcz, przypomina mi się historia opowiedziana przez Dalibora Carbola, którego poznaliśmy na 15.Explorers Festival w Łodzi (patrz tekst: http://3wilki.pl/wataha-w-niebie-czyli-paralotnia/). Jego partner, Juraj Kleja, zginął 22 grudnia 2012 wracając ze swojego pokazu slajdów. Nie zabił go przelot paralotnią nad Karakorum, ale wypadek samochodowy.

Efekt jest taki, że samochód mam uziemiony, proszę rodziców o pomoc w naprawie auta, a mojego tatę udaje mi się namówić na podwózkę do Świeradowa-Zdroju. Plan jest prosty – idę 4 dni ze Świeradowa-Zdroju, do Andrzejówki, a potem decyduję, co zrobić dalej. W plecaku mam zapas jedzenia na kilka dni, jetboila i butlę z gazem, termos, 2-osobowy namiot, matę i zimowy śpiwór. Diuna tym razem ma nieść swoją karmę sama, do sakw przytroczonych wchodzi ok. 6 dziennych porcji jedzenia.

Pogoda jest zwariowana. W Świdnicy panuje wiosna, chodzę w krótkim rękawku. W ostatnim momencie wyciągam z plecaka puchową kurtkę, wystarczy mi lekka kurtka Cumulusa Climalite Full Zip. W przededniu wyjazdu dostaję na maila komunikat pogodowy (alerty pogodowe ustawiłem sobie przezornie wcześniej):

“Witaj,
Na punkt Karkonosze, wydano komunikat. Obowiązuje od 2014-02-05 UTC 08:00 do 2014-02-05 UTC 18:00.
Silny wiatr, stopień I – wiatr w porywach od 70 do 90km/h.”

No nic, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Jadąc wzdłuż Karkonoszy zastanawiam się, czy zabierać ze sobą sanki. “Karol” (tak nazywa się model moich plastikowych sanek zakupiony w supermarkecie) miał być moim głównym środkiem transportu. Tymczasem na przedgórzu ani grama śniegu. Staram się wybadać sytuację na Śnieżce, ale z drogi widać tylko przewalające się chmury. Na kamerze internetowej śniegu za to nie brakowało. Ryzykuję – Karol jedzie z nami. Wjeżdżamy do Świeradowa, parkujemy przed wejściem na czerwony szlak. Mój tato częstuje mnie kawą z termosu, ale długo nie wysiedzimy na zewnątrz – wiatr szybko nas przegania, tato wskakuje do samochodu, a ja punkt 12:00 ruszam na szlak.

Diuna nie jest zadowolona. Wiatr jest porywisty, na szlaku nie ma ludzi, a my idziemy gdzieś prosto przed siebie. Co chwila się na mnie ogląda, jakby chciała zapytać: “Czy jesteś pewien, co robisz?”. Nic jej nie odpowiadam, tylko stanowczo idę przed siebie. Po chwili pojawia się pierwszy lód i śnieg, Karol ląduje na ziemi, a na nim mój plecak, który był z nami w Himalajach. Mocuję cienką linę do pasa dogtrekkingowego i zaczynam ciągnąć sanie. Ten patent wielokrotnie sprawdził się zimą w drodze do Morskiego Oka – po co nosić ciężki plecak ze szpejem, skoro można go ciągnąć za sobą? Karol co chwila wywraca się na większych muldach śniegu, a ja przystaję i sprawdzam kolejny patent na przytroczenie plecaka do sanek. Po godzinie docieramy na górę wyciągu narciarskiego wzbudzając niemałe zainteresowanie wśród narciarzy i snowboardzistów. Z dyżurki wyskakuje młody GOPRowiec, który jest zauroczony Diuną i jej szelkami. Niestety nie wie, czy trasa przez Izery jest odpowiednia dla naszego Karola.

Po chwili okazuje się, że zabranie sanek to strzał w dziesiątkę – powyżej 1000 m n.p.m. śniegu jest wystarczająco. Idzie się przyjemnie, plecak nie ciąży na plecach, mocno pracują biodra. Jestem sam, Polana Izerska jest pusta, wokół mnie pełno śladów bo biegówkach. Powoli zaczyna się ściemniać, pod wieczór zatrzymuję się pod skałą. Rozbijam namiot na drodze (jedyne płaskie miejsce). Trochę czasu zajmuje mi napięcie linek, ściągam rękawice, a palce zaczynają mi grabieć. Szybko wskakuję do namiotu i zamykam za sobą tropik. W puchowym śpiworze zaczyna się robić miło, Diuna nakarmiona wcześniej zasypia leżąc wprost na mnie. Ja zaczynam gotowanie, przez nieuwagę woda z jetboila wylewa się na matę. Za chwilę mokra plama zamarza, próbuję ją zdrapać i wyrzucić z namiotu. Boję się, że w nocy będę spał w mokrym śpiworze. Włączam telefon i dzwonię do Agi. Umówiliśmy się na codzienny kontakt o 19:00. Po chwili zasypiam.

Rano wiatr wieje jeszcze mocniej, wyskakujemy z namiotu i w pośpiechu szykujemy się do drogi. Pakuję rzeczy, a Diuna wesoło szaleje wokół. Mina jej rzednie na widok szelek z sakwami, po chwili karnie idzie za mną. Schodzimy do Szklarskiej Poręby, wstępuję na kawę do kawiarni prowadzonej przez właścicieli Chaty Biegacza. Obsługa zaprasza mnie do środka z Diuną, jestem mile zaskoczony. Po chwili zbieramy się i idziemy na Halę Szrenicką. Droga jest oblodzona, sanki ciągną mnie w dół. Mija mnie kilkadziesiąt osób – młodych zawodników podbiegających pod górę. W schronisku na Hali Szrenickiej dowiaduję się, że to gimnazjaliści z Żar, którzy są na obozie sportowym. Jedna z dziewczyn nieśmiało pyta mnie, czy przypadkiem nie byłem kiedyś z Diuną w TVN. Opowiadam o naszym himalajskim trekkingu i po chwili cała grupa robi sobie z nami pamiątkowe zdjęcie. Dzieciaki zbiegają na dół, my tymczasem ruszamy w stronę Śnieżnych Kotłów. Pogoda robi się coraz gorsza – widoczność spada do 50 metrów, wiatr robi się coraz silniejszy. Wieje ciągle z prawej strony, moją twarz i ubranie pokrywa warstwa szadzi. Diuna ma gorzej – szadź osadza się na jej futrze, mrozi jej wąsy, wchodzi do ucha. Co kilkanaście minut zatrzymuję się i zrywam z niej nową warstwę lodu. Nagle z mgły wyłania się budynek stacji przekaźnikowej TV nad Śnieżnymi Kotłami. Diuna szczęśliwa biegnie pod drzwi, ale te okazują się zamknięte. To nie schronisko, w którym można się ogrzać. Przerwa na smarowanie łap woskiem i idziemy dalej. Po drodze spotykamy sympatyczną parę wracającą z małym psem ze Śnieżki. Jesteśmy mile zaskoczeni, zwłaszcza psy, które radośnie się obwąchują. Wymieniamy się informacjami o warunkach na szlaku i szybko się żegnamy – zaczyna się robić późno.

Koło godziny 17:00 dochodzimy do Słonecznika. Wiatr wieje tak mocno, że rezygnuję z rozbicia namiotu pod skałami. Dzisiejszy dzień dał nam w kość, w Diunie włączył się tryb przetrwania – próbuje wykopać sobie norę w śniegu. Zaciskam zęby i idę dalej – do schroniska “Dom Śląski” pod Śnieżką jest jakieś 55 minut marszu. Pogoda jest dziwna – brodzimy we mgle, którą porywisty wiatr przelewa przez naszą drogę, a nad nami jest bezchmurne niebo i lekko przyświeca nam sierp księżyca. Widoczność jest na tyle ograniczona, że nie zauważam krawędzi Kotła Wielkiego Stawu, koło którego prowadzi szlak. W pewnym momencie wiatr spycha mnie z wydeptanej ścieżki na firnowe poletko. Sanki nagle zjeżdżają w bok stromego zbocza, a ponad 20-kg plecak zaczyna mnie ściągać w dół kotła. Zapieram się mocno kijkami i szybko wracam na szlak. Było blisko… W oddali majaczą światła schroniska. Wiatr wieje tak mocno, że pierwsza próba wejścia na schody kończy się dla mnie i Diuny przesunięciem o 2 metry w bok. W drzwi schroniska trafiamy za 2 razem. W środku jest pusto, nocuje kilka osób. Obsługa schroniska jest zaskoczona naszym przyjściem, panie kończą już swoją pracę, szybko wydają mi klucz do pokoju i gdzieś znikają. Zajmujemy pusty ośmioosobowy pokój. Diuna jest ewidentnie obrażona na mnie za dzisiejszy spacer – pochłania zawartość miski i kładzie się w przeciwległym kącie. W pokoju jest zimno, wskakuję w śpiwór i zjadam kolację. W okno nad moją głową co chwila uderzają podmuchy wiatru. Martwię się naszym tempem, w dwa dni przeszliśmy tylko 50 kilometrów, pogoda nie pomaga w szybszym marszu. Powoli zasypiam.

Rano nie jest lepiej – wprawdzie chmury się gdzieniegdzie przecierają, jednak wciąż wieje porywisty wiatr. Nic dziwnego – na Wikipedii można wyczytać, że na Śnieżce występują tylko trzy dni bezwietrzne w roku, a wiatry są często pochodzenia fenowego. Szczyt Śnieżki jest pochmurny przez 190 dni w roku i jest to najwyższy wskaźnik w Polsce. Podchodzimy na Śnieżkę, początkowo wichura spycha nas w bok lodowej ścieżki, potem dostajemy podmuch prosto w tyłek. Tak można iść 🙂 Na szczycie Śnieżki nikogo nie ma, mam szczęście – przejaśnia się, wyciągam aparat i robię kilka zdjęć.

Po chwili zbiegamy z Diuną na dół. Wchodząc na szczyt opuszczamy Główny Szlak Sudecki, który skręca do Karpacza. Nie interesuje mnie przemarsz przez miasto, wolę iść jak najdalej górami. Decyduję się na dalszy marsz Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej do Przełęczy Okraj. I pomyśleć, że jeszcze 30 lat temu nie można było się tutaj poruszać bez zgody wojska i milicji, a nasze kraje walczyły o każdy metr ziemi, na której wytyczony został szlak. Szczęście mi sprzyja – to już 3 dzień ciągnięcia sanek. Od czasu do czasu zakładam plecak na plecy i klnę nad jego ergonomią, a właściwie jej brakiem. Dziwię się, że ten wysłużony LOAP “Broad Peak” dał radę w Himalajach Garhwalu (co chwila się pruł, do dzisiaj wypada z niego aluminiowy stelaż, który trzeba wepchnąć z powrotem na jego miejsce). Ważył wtedy ponad 30 kg, a my nie korzystaliśmy z sanek. Jestem pod wrażeniem naszego samozaparcia – człowiek jest w stanie przenosić góry dysponując tym, co ma pod ręką. Zejście do Przełęczy Okraj to sama przyjemność – wsiadam na plecak i jadę w dół na złamanie karku od czasu do czasu hamując kijkami. Od czasu do czasu ląduję na sośnie. Czuję się znowu jak małe dziecko. Diuna się ożywia i zaczyna biec za mną. Na Przełęczy Okraj żegnam się z Karolem – w sankach zrobiła się wielka dziura. Odstawiam go przy kuble na plastik i zarzucam plecak na ramiona. Czas na chwilę pożegnać się z zimą, mokry śnieg zalega już tylko w lasach Rudaw Janowickich. Po kilku kilometrach docieram do Szarocina, w tym momencie zaczyna mnie boleć kolano w lewej nodze. Jest źle, ledwie daję radę dojść do Lubawki. Może to tylko zmęczenie materiału? W końcu dzisiaj przeszliśmy ok. 50 km. Wolę jednak nie ryzykować i wycofać się z marszu przed Andrzejówką. Dzwonię do mojego Taty z prośbą o pomoc, moi rodzice przyjeżdżają po 2 godzinach. Cieszę się, że zawsze mogę na nich liczyć. Diuna radośnie wskakuje do auta i momentalnie zasypia. Przejście Sudetów zimą odkładam na później, w końcu to droga jest celem…

sudety_dogtrekking23

© 2014, Wataha w podróży. All rights reserved/Wszystkie prawa zastrzeżone. Każda kopia musi być w widoczny sposób opatrzona oświadczeniem o treści: „Materiał ten pochodzi z bloga www.3wilki.pl”.

8 Comments