Radość podróżowania

W ostatnim poście opisywaliśmy nasze największe obawy związane z podróżowaniem. Rzeczy, które powodują, że nasza podróż wcale nie jest taka różowa, jak mogłoby się wydawać, a my musimy się zmierzyć nie tylko z fizycznym zmęczeniem, ale także ze strachem, który siedzi gdzieś w tyle naszej głowy.

Dzisiaj dla równowagi opiszemy pozytywne strony naszej podróży. Długo zabieraliśmy się do tego tekstu. Z jednej strony staraliśmy się zebrać wszystkie pozytywy (wyobraźcie sobie nas odparzających sobie tyłki na siodełku, wymijanych dziennie przez setki tirów i myślących: “Kurde, jakie są pozytywne strony tego, co robimy?”). Z drugiej strony ciężko nam było spisać nasze przemyślenia – pisanie jest komfortem, którego nie mamy wiele, codziennie prowadząc koczownicze życie, rozbijając i pakując namiot, a potem padając ze zmęczenia po całodziennej jeździe. Dzisiaj mamy ten komfort – pogoda deszczowa, siedzimy uwięzieni w namiocie. Przeczytajcie:

1. Ludzie.
Spotykamy ich codziennie dziesiątki, żadna osoba nie przechodzi koło nas obojętnie.

Rosjanie są bardzo bezpośredni, od razu pytają: skąd, dokąd, po co? Trochę jak w Indiach, tam jednak pytania szły dalej (ile zarabiacie?). Ludzie są pełni podziwu dla nas, chociaż wydają się nie rozumieć tak anstrakcyjnej idei jak podróżowanie na rowerze, a tym bardziej z psem. Nic dziwnego – dzisiejsza Rosja przypomina mi trochę Polskę lat 90-tych, kiedy ludzie skupiali się na dorabianiu się, nie na robieniu rzeczy “zbytecznych”, jak podróżowanie dla samej idei podróżowania. Zdumienie Rosjan potęguje jeszcze niczym nie ograniczona konsumpcja (ci, którzy już się dorobili dziwią się, że jedziemy na rowerach, zamiast np. wypasionym SUVem) i życie online (młodzi spędzający cały dzień z nosem w smartfonie i na “adnokłaśniku” czy “wkontakcie” dziwią się, że “marnujemy” czas na taką fanaberię). Ci, którzy nie załapali się na pokład odjeżdżającego pociągu o nazwie “pierestrojka” (głownie mieszkańcy mijanych wiosek, kołchozów i sowchozów) wydają się nie rozumieć niczego, a naszą podróż do Mongolii na rowerach komentują niewybrednie: “na chuj”, “ni chuja” (starając się pojąć ideę “droga jest celem”) i “piździec” (określenie na Mongolię)

Chyba jednak budzimy pewien podziw w tych ludziach, wołają na nas “maładcy” i “gieroje”.

2. Historie.

To dlatego zdecydowaliśmy się na podróż rowerami. Większość ludzi kończy na wypytaniu nas tylko o cel podróży (czujemy się niczym na przesłuchaniu, kiedy podchodzą do nas na postoju, lub zwalniają i rzucają przez otwarte okno: “otkuda”, “kuda”, “na szto”?). Raz na sto przypadków trafia nam się jednak “perełka”, człowiek który przystanie i zacznie opowiadać nam historię (swojego życia, wsi, miasta), recytować wiersze, lub zaprosi nas do siebie do mieszkania. Rosjanie są bardzo otwarci, często podchodzą i sami zagajają rozmowę. Dzięki temu nasza podróż nie jest czystym przejazdem przez ogromny kraj, a próbą podróży wśród ludzi, którzy tutaj mieszkają. Współczujemy ludziom, którzy podróżują samochodami lub motocyklami. Oni poznają tylko Rosję z perspektywy stacji benzynowej lub przydrożnego kafebaru.

3. Rower.

Co za wspaniały wynalazek napędzany siłą własnych mięśni. Szybszy niż podróżowanie pieszo, a dzięki sakwom można przytroczyć swój bagaż. Ekologiczny, łatwo się nim wcisnąć w niedostępne dla samochodów miejsca. Podróżując na rowerze łatwiej zwiedzić okolicę – zatrzymać się, odstawić rower, zrobić zdjęcie, przyglądnąć się. Nie trzeba nawet z niego schodzić, żeby zapytać się o drogę, czy zagaić rozmowę z drugim człowiekiem. Wprawdzie łatwiej przeoczyć coś ciekawego niż podróżując pieszo, ale jadąc samochodem stracimy o wiele więcej. Taka podróż jest mniej kosztowna (mam na myśli koszt paliwa), a sprzęt bardziej niezawodny i łatwy w naprawie.

Pociąga nas idea poruszania się siłą własnych mięśni, swoim wysiłkiem i potem, “zapracowania” na osiągnięcie celu, jakim jest Ałtaj Mongolski.

4. Przygoda.

Wprawdzie jedziemy ogólnodostępnymi drogami, głównymi traktami wiodącymi przez Rosję, które pełne są podróżników, to traktujemy naszą podróż jako wielką przygodę. Nasza trasa zaplanowana na ok. 6000 km podzielona jest na małe etapy po 80 km dziennie. Każdy dzień wydaje się być monotonny, jednak codziennie czeka nas przygoda, mała czy duża. Nawigujemy atlasem drogowym, raz na kilka dni dochodzimy do momentu, w którym “wyjeżdżamy za mapę”. Czujemy się niczym odkrywca z XV-XVI wieku, który przekraczał magiczną barierę wytyczoną przez nakreśloną przez geografów mapę. I chociaż u nas wszystko już zostało skartowane, to nadal mamy dreszczyk emocji przewracając strony atlasu. Co nas teraz będzie czekało? Tak było kiedy wjeżdżaliśmy na wielkie rozlewiska Wołgi przed Samarą (myśleliśmy wtedy, że są to wielkie jeziora), czy kiedy jechaliśmy z Kurganu do Omska i zobaczyliśmy pofalowaną linię Irtysza, a wokół gigantyczne połacie lasu i bagien. Każda nowa strona przerzucona w atlasie sprawia, że odkrywamy nasz własny kawałek świata.

5. Miłość.

Wspólne podróżowanie nas zbliża. Jest ciężko, często ekstremalnie. Nasze charaktery są wybuchowe, łatwo ponoszą nas emocje. Brzmi to jak mieszanka wybuchowa, jednak życie w jednym namiocie wymaga od nas kompromisu i dogadania się. W mieście było nam ciężej – zbyt często uciekaliśmy od siebie w natłok różnych zajęć. Tutaj jesteśmy “skazani” na siebie, ponownie się docieramy i zbliżamy do siebie.

6. Diuna

Ona sprawia, że ta podróż jest wyjątkowa. Jest źródłem większości naszych przygód, bez niej byłaby to kolejna “zwykła” podróż. Czy dlatego, że jest psem? A może dlatego, że jest wilczakiem czechosłowackim, wymagającym tyle uwagi?

Nie ważne, czy budzi nas rano merdaniem ogona i lizaniem po twarzy, czy gania kozy i owce liczne w azjatyckiej Rosji, Diuna zapewnia nam dużo radości i sprawia, że oprócz skupiania się na sobie, musimy być odpowiedzialni także za nią (tymczasem ona podróżuje beztrosko, jak to pies).

7. Wolność, nasz wybór.

Chyba najbardziej cenimy sobie wolność, która towarzyszy naszemu podróżowaniu. To, że możemy zrezygnować z tak wielu rzeczy, które na co dzień nas krępowały. Z codziennych wygód, które pozornie dają komfort, kosztem wolności wyboru, “wiatru we włosach”. Oczywiście, ma to swoje konsekwencje, o których pisaliśmy w poprzednim poście. Jesteśmy tego w pełni świadomi, a ryzyko podjęliśmy świadomie. Tymczasem delektujemy się tą wolnością, bo już niedługo czas wracać…

I to wszystko sprawia, że ta podróż sprawia nam radość, pomimo tych wszystkich niewygód i ciężkich momentów. A droga jest celem…

No Comments

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *