O DREDACH, TATUAŻACH I LATAJĄCYM SIKHU. CZYLI WSPOMNIENIA Z BOLLYWOOD.

Jesienne Suwałki. Wieczór piękności. Wieczór inny o tyle, że zamiast zielono – białych maseczek (dobre dla cery), miseczek z podgrzaną oliwą (dobre dla dłoni), zestawu do manicure, królował zestaw 3 szydełek i taśma klejąca. To pierwsze do dokręcania dredów, drugie – oklejania poranionych szydełkiem palców…

Dokręcanie dredów należy do grupy zajęć, którym lepiej (czytaj: łatwiej i przyjemniej) oddawać się w towarzystwie (bo co cztery ręce, to nie dwie). Zwykle taki zabieg zajmuje dobrych kilka godzin, w czasie których można oddać się rozmowom, słuchaniu muzyki albo po prostu włączyć film. Tym razem wybieramy to drugie. Chwila poszukiwań w sieci darmowego filmu online, który spełni nasze oczekiwania (nie za długi, nie za głupi, nie za trudny) i oto jest: “Bhaag Milkha Bhaag” (“Biegnij Milko, biegnij!”).

Zaraz, przecież ja skądś znam ten film!

6 kwietnia 2013, u nas wiosna, w Indiach lato. Temperatura w ciągu dnia sięga prawie 40 stopni Celsjusza. Diuna większość czasu spędza nie ruszając się spod wylotu klimatyzatora. My, wcale nie mamy się lepiej. Do aktywności zmusza nas jedynie widmo wielkiego pakowania. Do wyjazdu w Himalaje zostały dwa dni…

Diuna i jej reakcja na upały w Delhi

Tak naprawdę mogliśmy wyjechać już tydzień wcześniej, jednak znalezione w sieci ogłoszenie o naborze statystów o europejskim wyglądzie do bollywoodzkiej produkcji (a raczej informacja o możliwości „łatwego zarobku”) zatrzymuje nas w spalonym słońcem Delhi.

Zatrzymuje, tak naprawdę w pół kroku – zawieszeni między Delhi (w którym już nic nas nie trzyma), a Munsiary (skąd ma się zacząć nasza himalajska odyseja) po prostu czekamy. Wysłany prawie miesiąc wcześniej mail zgłaszający nas do udziału w filmie, zawierający nasze zdjęcia (twarzy i całej sylwetki), pozostaje bez odzewu. No cóż, może bycie gwiazdami bollywoodzkiego kina to po prostu nie nasza karma?

Odpowiedź przychodzi w wieczór poprzedzający nagranie: „wyjazd na plan o 5 rano. Prosimy o wzięcie strojów z lat 50-tych, binokularów, lornetek i kapeluszy z epoki”.

Mhmm…jasne ;p

Kiedy przyjeżdża po nas samochód z kierowcą jest jeszcze ciemno. Nawet osiedlowi prasowacze nie rozłożyli jeszcze swoich stoisk. Diuna tym razem zostaje sama w domu (co skutkuje zniszczeniem materaca), a my półprzytomni po nocnym pakowaniu (za dwa dni ruszamy przecież w Himalaje) wsiadamy do auta, w którym poza kierowcą siedzi już kobieta w średnim wieku. Po grzecznościowym „Good morning” następuje więc oczywiste „Where are you from?” Nasza współpasażerka, jak się wkrótce okazuje przybyła z Australii. Po drodze zabieramy jeszcze jedną elegancko ubraną kobietę (pochodzącą ze Stanów Zjednoczonych żonę hinduskiego biznesmena). Tylko my jedziemy tam dla pieniędzy – panie traktują swój występ jako egzotyczną ciekawostkę. Zanim dojedziemy na miejsce akcji, wymieniamy jeszcze uwagi na temat garderoby – z naszej czwórki tylko Amerykanka ubrana jest w strój z epoki – wyrażając nadzieję, że nasze wypłowiałe jeansy jakoś przejdą.

Nie przeszły. Ale na szczęście nie stanowiło to problemu. Na miejscu, okazało się, że w szatniach stadionu lekkoatletycznego w Delhi ukryte zostało ulokowane całe filmowe zaplecze, a w nim również świetnie zaopatrzona garderoba. Jedyne co trzeba było zrobić, to stanąć w długiej kolejce i poczekać…

Czas oczekiwania skracamy sobie przyglądaniem się naszym „wspólnikom niedoli”, wśród których największą grupę stanowili Europejczycy, Australijczycy i Nowozelandczycy o jasnej karnacji. Nie zabrakło jednak również skośnookich Azjatów i kilkorga Afrykanów o najczarniejszym z czarnych odcieniu skóry. Większość z nich (tak jak my) stanowili turyści. Całe nowobogackie rodziny chcące pochwalić się udziałem w wielkiej filmowej produkcji oraz zwabieni zapachem “łatwej gotówki” zagraniczni studenci (w tym jeden Polak) z Europy i grupy (takich jak my) backpackersów z całego świata.

Cała ta zbieranina, po dobraniu odpowiednich (tzn. z odpowiedniej epoki, nie koniecznie w odpowiednim rozmiarze) strojów została poddana szybkim zabiegom fryzjerskim przy pomocy dużej ilości brylantyny i ustawiona w kilkudziesięcioosobowe rzędy na trybunach.

Kiedy wszyscy zgromadziliśmy się już na trybunach niewielkiego stadionu, wypełniając zaledwie jeden sektor i tak niewielkiej widowni (ilość widzów miała być zwielokrotniona już w postprodukcji) ogólne wrażenie było rzeczywiście „epokowe”…jak mówią, jednak diabeł tkwi w szczegółach.  Wystarczyło przenieść wzrok z tłumu na poszczególne osoby, by utwierdzić się w poczuciu nierzeczywistości. Tu i ówdzie spod eleganckich sukienek i garniturów malowniczo wystawały trekkingowe sandały, w innym miejscu spod rękawa wynurzał się pysk lub ogon wytatuowanego smoka, a spod kapelusza pojedyncze dredy, czy warkoczyki ze sztucznych włosów stanowiące modę sto lat wyprzedzającą epokę “Latającego Sikha”.

Film, w którego jednej scenie zagraliśmy, to oparta na faktach historia życia jednego z największych indyjskich sportowców – lekkoatlecie Milkha Singh.

W rolę wielokrotnego reprezentanta Indii na Igrzyskach Olimpijskich i Mistrzostwach Świata, wcielił się Farhan Akhtar – gwiazda kina bollywoodzkiego. Rakeysh Omprakash Mehra, jeden z najbardziej uznanych i szanowanych hinduskich reżyserów, dwa lata pracował nad zakończeniem produkcji, opowiadającej o losach człowieka znanego jako „Latający Sikh.”

A co MY tam robiliśmy?

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu…

Przez cały dzień zdjęciowy w pełnym słońcu i temperaturze sięgającej prawie 40 stopni graliśmy publiczność zgromadzoną na letnich Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie w 1960 r.
W praktyce oznaczało to udawanie żywego zainteresowania tym, co dzieje się na stadionie,  wstawanie, krzyczenie, komentowanie, klaskanie i zamienianie miejsc… a wszystko to wśród pokrzykiwań kierownika planu:

– „Let’s talking, let’s walking. And… shuffle!”

Po 10 godzinach tej jakże “łatwej” pracy, z oparzeniami słonecznymi drugiego stopnia, mogliśmy się zgłosić po swoje 3000 rupii (2 osoby x 1 dzień zdjęciowy x 1500 Rps) czyli równowartość ok. 150 zł…

A to wszystko, by Milkha mógł przebiec swoje 400 metrów wśród wiwatujących tłumów. Niestety zajął 4 miejsce.

Film dostępny jest np. tutaj (tłum na trybunach do zobaczenia od 3 minuty).

 

One Comment

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *