My – Bieguni, czyli coś się kończy, coś się zaczyna.

25 marca, Gurgaon, New Delhi. Na zewnątrz 35 stopni, słonecznie. Wewnątrz – burza myśli i emocji, którą trzeba ujarzmić, zapisać, podzielić się…

Podobno Indie to kraj , który od pierwszego wejrzenia kocha się lub nienawidzi. Nie ma tu miejsca na chłód i dystans. Podobno…
Dziś więc kilka słów o emocjach, wyborach i naszej wewnętrznej podroży. Bez dystansu, ironii i ukrywania się za maską formy. Tak zwyczajnie, tak prosto…tak najtrudniej.

Najbardziej dotkliwy jest bezruch (wszystkie cytaty pochodzą z książki “Bieguni”, O. Tokarczuk).

Nasza podróż rozpoczęła się kilka miesięcy temu w naszych głowach. Jak zwykle od decyzji…jedziemy. Rzucamy bezpieczną pracę od 8 do 16, sprzedajemy samochód, wynajmujemy mieszkanie, pakujemy psa i ruszamy.

Kiedy wyruszam w podróż znikam z map. Nikt nie wie, gdzie jestem. W punkcie, z którego wyruszyłam czy w punkcie, do którego dążę?

Założenie było proste. Przyjeżdżamy do Indii na zaproszenie znajomego dziennikarza, którego kilka lat wcześniej poznaliśmy pod pionową, bazaltową ścianą w Armenii, by dwa dni później spędzić noc na podłodze jego pokoju w hotelu Marriott w Erewaniu (jedna noc w namiocie, druga noc w ‘Mariocie’ ;p). W New Delhi będzie na nas czekać opłacone mieszkanie i miejsce w zespole tworzącym nową (pierwszą w Indiach) gazetę o tematyce outdoorowej. Będziemy eksplorować temat wspinania w Indiach, fotografować, koordynować i wspierać wydawnictwo od strony social mediów. A że trzeba rzucić wszystko i ruszyć na drugi koniec świata? No cóż, kto nie ryzykuje…

apoorva_armenia

Problemy zaczęły się 2 tygodnie po przyjeździe i przybrały dźwięczne imię Gael. Francuz, przyjaciel Apoorvy, redaktor naczelny, ultra-maratończyk, świetny dziennikarz znający branżę outdoor od środka. Człowiek, z którym mieliśmy blisko współpracować, decydujący o naszej pracy i zleceniach. Egoista z uśmiechem dążący do celu po trupach…po naszych trupach.

praca_bernadettemcdonald

„Chciałabym wyjść, ale nie mam dokąd. Tylko moja obecność nabiera wyraźnych konturów, które drżą, falują, i to boli.

Po dwóch miesiącach ciągłego braku współpracy, poczucia bezsilności, frustracji i złości postanowiliśmy zadbać o siebie i odejść.

Nie, to nie było proste. Tak, próbowaliśmy rozwiązać konflikty inaczej, na wiele rożnych sposobów. Tak, by stworzyć sytuację WIN – WIN. Nie udało się. Każda próba nasza próba kończyła się WIN – loose. To my przegrywaliśmy za każdym razem. Trzeba było więc ratować siebie, wygrać dla nas spokój duszy, odzyskać wiarę w siebie, zrobić krok w pustkę, odejść.

Co teraz?

Za dwa tygodnie musimy opuścić mieszkanie, nie mamy pracy, pieniędzy, samochodu… mamy natomiast kredyt mieszkaniowy w Polsce i Wilczycę, z którą naprawdę trudno poruszać się po Indiach (mieszkańcy tego kraju nie należą do psiolubnych) i jeszcze przez 3 miesiące nie możemy wjechać do Unii Europejskiej (transport psa do UE z krajów tzw. „trzeciego świata” wymaga zrobienia badań krwi na obecność przeciwciał wścieklizny. Trwa to 3 miesiące, kosztuje ok. 1000 zł).

Decyzja podjęła się sama.

Kupujemy namiot, pakujemy do plecaków 10 kilogramów psiej karmy i ruszamy w Himalaje.

WATAHA znowu W PODRÓŻY.

W plecaku znajdzie się też miejsce na aparat i zeszyt. Tak jak wielu przed nami i wielu po nas

będziemy się zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru, będziemy się plastynować, zatapiać w formalinie zdań.

By później, po powrocie do miejsca które znów nazwiemy domem, zabrać Was w podroż razem z nami.

Wspinanie w Dhauj niedaleko Delhi
Wspinanie w Dhauj niedaleko Delhi

© 2013 – 2015, Wataha w podróży. All rights reserved/Wszystkie prawa zastrzeżone. Każda kopia musi być w widoczny sposób opatrzona oświadczeniem o treści: „Materiał ten pochodzi z bloga www.3wilki.pl”.

4 Comments

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Contact Us